poniedziałek, 10 września 2012

Chrzest

Wybraliśmy się w końcu po wielu burzliwych dyskusjach na chrzest do Gabrysi. Od początku zapowiadało się ciężko - drogi hotel z restauracją i towarzystwo "na poziomie". Nie to co my, niedouczona hołota pracująca fizycznie... Nasza latorośl po 5 minutach w kościele zaczęła się nudzić i uparcie ciągnąć tatę w stronę auta. Jakoś dobrnęliśmy do końca uroczystości i udaliśmy się na ucztę. Po zajęciu miejsc pan kelner poinstruował nas, że należy wybrać danie z menu leżącego przed nami, a w pierwszej kolejności powinniśmy delektować się przystawkami stojącymi na stole. Fajnie byłoby wiedzieć czym są owe przystawki bo na pierwszy rzut oka ciężko było się połapać. Filek oczywiście zażądał kiełbasy na przystawkę, potem jeszcze trochę pogmerał w mojej sałatce i ogólnie był już najedzony. Nie wykazała większego zainteresowania późniejszym rosołkiem i daniem "dziecięcym" w postaci kurczaka z frytkami. Swoją drogą wcale mu się nie dziwię bo frytki, frytek nie przypominały. Dla dorosłych do wyboru była jeszcze zupa krem z borowików, oraz opcjonalnie łosoś lub polędwiczki. Jak się później okazało polędwiczki były praktycznie niejadalne - twarde i niedogotowane. Dla tych, którzy jednak byli uparci i pomimo to zjedli dzień zakończył się romantycznym wieczorem w wc... Na deser była pana cotta z truskawkami - F. pochłonął wszystkie truskawki, które udało mu się dostać. W związku z tym, że nie miał czasu się wyspać zaczynał być coraz bardziej marudny. Nie chciało mu się siedzieć przy stole więc zaczęły się wędrówki i psoty. Oczywiście był uroczysty tort ( choć moim zdaniem to dziwny zwyczaj z tym tortem na chrzcie ). Pod koniec imprezy mały jednak usnął więc cały dzień miał kompletnie rozbity, przez co później biegał prawie do 23. Całe przyjęcie minęło raczej sztywno i odetchnęłam z ulgą kiedy już dotarliśmy do domu. Misiek złapał porządny katar, reszta przeszła sensacje żołądkowe a wszystko to za 200 zł od osoby...